Smakowita przygoda

11997518_119872768364421_1020644130_n

Jak bardzo chcemy być gdzieś, aby ktoś zobaczył, że jesteśmy tam, wychodząc z naszej codzienności do świata, który staramy się zrozumieć, aby zrozumieć, że nigdy go nie zrozumiemy. Zapewne większość z nas w ciągu upływającego czasu określonego na tarczy mechanizmu, którego i tak nie jesteśmy w stanie zatrzymać, błądzi w głębi barw, które są dla nas całym światem.

Wygłodzony umysł dawał mi ostatnio trylion znaków, przypominając tym samym, że go strasznie zaniedbałem. Postanowiłem szybko zmienić ten stan udając się w nieznane mi wcześniej miejsce na mapie mojego kochanego Lublina. Zapomniane miejsce przez turystów oraz przez samych mieszkańców wymazało z świadomości istnienie lokalu na rogu ulic Staszica i Zielonej. Do czasu … kiedy jeden z talentów kulinarnych postanowił ożywić cmentarzysko, bo tak można określić poziom restauracyjny w Lublinie. Gdybym nie wiedział, że miejsce znajduje się na rogu ww. ulic to nigdy w życiu bym nie powiedział, że jest tutaj jakaś knajpka, zwłaszcza będąc w trybie błogiego zamyślenia, które mi ostatnio towarzyszy podczas takich przechadzek. Na szczęście udało nam się trafić i prawie wejść do restauracji – no właśnie prawie … Kilka osób, które czekały na wolny stolik dały mi odrobinę nadziei, że trafiliśmy pod właściwy adres. W oczekiwaniu na swój stolikowy przydział zauważyłem kilka dobrze zapowiadających się elementów, które jak się później okazało było częścią cudownej przygody.

Unoszący się zapach świeżych ziół wymieszany żarliwy gwarem sprawił, że przenieśliśmy się na chwile do włoskiej knajpki, gdzieś w centrum Rzymu. Przemiła Pani, wskazując swoją magiczną różdżką wyczarowała nam drogę do naszego wyczekiwanego miejsca. Usiedliśmy i od razu zaczęliśmy dyskusję, co zjemy. Pizza czy pasta? Z racji tego, że jestem ogromnym fanem włoskiej kuchni a jeszcze większym fanem pasty, postanowiliśmy zacząć naszą przygodę od tego właśnie dania.

Nasz stolik znajdował się w miejscu, z którego mieliśmy widok na jedno z ważniejszych miejsc w restauracji, czyli otwartą kuchnię gdzie dokonywane są cuda na kiju. Interesujące połączenie starych materiałów, które zostały wykorzystane do aranżacji ścian idealnie wpasowały się w rdzawo mosiężne elementy takie jak schody czy broadwayowski podświetlony napis IVO.

11992450_119872775031087_417265254_nSens konceptu tkwi w prostocie form i niezobowiązujących materiałach, które w połączeniu w magiczną atmosferą tworzą bajkową krainę. Widoczna pasja, profesjonalizm i włoski charakter to cechy, jakie łączą cały zespół dynamicznych i kreatywnych osób, których celem było zaoferowanie klientom restauracji najlepszych specjalności włoskiej kuchni. Ale to nie koniec pozytywnych elementów wyposażenia ciekawej knajpki. Pora zwrócić uwagę na sam stolik, który został wykonany z nietypowego odłamu drewna, a raczej to, co się na nim znajdowało. Wszystko było na swoim miejscu, odpowiednio wcześniej przygotowane. Świetną stylóweczkę zaliczyły sztućce włożone w papierową kieszonkę, które dopełniały smaczku całej aranżacji. Właściciele innych restauracji powinni przyjść i zobaczyć jak powinna wyglądać karta menu. Wszystko mieści się na jednej stornie oraz co najważniejsze nie mamy przesytu w wyborze pizzy czy dania z makaronem. Jedynym elementem, który ewidentnie odstawał od całej reszty to tanie przedwojenne pojemniki na serwetki. Taka mała rzecz wcale nie cieszy a wręcz przeciwnie razi po oczach tych, których ma razić. Nie mniej jednak ogólne wrażenie jest na duże WOW.

Czas wrócić do drugiej i ostatniej części naszej przygody, czyli zamówionych dań. Jak wcześniej pisałem zamówiliśmy dwie pasty, które okazały się być gigantycznymi kopcami jedzenia. Smak był porównywalny do wszystkich pór roku. Różnorodny, zwiewny, lekki i zarazem intensywny. Cała przygoda zakończyła się niespodziewanie w połowie. Nie wiem dlaczego, może nie muszę wiedzieć i nie muszę rozumieć zamysłu, ale tak nie można. Miało być idealnie i prawie tak było. Ilość podanej porcji zniszczyła całą magię, która była skrupulatnie budowana od pierwszych sekund obcowania z włoskim zauroczeniem. Problem dużych porcji polega na tym, że w połowie jedzenia nie delektujemy się smakiem czy unoszącym się zapachem, lecz walczymy z upchaniem nadmiaru zbędnych ilości gdzieś w nasze brzuszne zakamarki. Na szczęście następnego dnia wybraliśmy pizze, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Tak dobrze przygotowanej włoskiej pizzy już dawano nie jadłem. Wielki ogromniasty plus dla ekipy, która stworzyła to cudeńko. Ostatnim elementem, którego zabrakło mi to serweta a mówiąc wprost wiązanego śliniaczka. W momencie, kiedy zamawiam makaron, którym mogę zabrudzić sobie koszule, koszulkę czy inne wdzianko, powonieniem mieć możliwość uniknięcia takiego zdarzenia. Informacja przy dokonywaniu zamówienia, o możliwości skorzystać z takiej opcji byłaby zwieńczeniem świetnego projektu, jakim jest restauracja IVO Italian.

Cała koncepcja tego miejsca jest przemyślana, spójna oraz co więcej zachęcająca do powrotu. Jednym z największych atutów, które interesują większość bywalców to zaskakująco niskie ceny potraw. Nie mieszkam już w Lublinie od ładnych paru lat, ale mogę powiedzieć, że mam już swoje miejsce, do którego będę wracał z ogromną przyjemnością i swoim śliniaczkiem.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s